14-jezioro

Trekking z Kalaw do Inle Lake

13-jezioroPo całodziennej podróży lokalsowym autobusem dotarliśmy do Kalaw. Czytaliśmy wcześniej o stromych serpentynach, o ledwo dogorywających pod górę autobusach, ubytkach w drodze i lekkich turbulencjach, ale my chyba najbardziej nie mogliśmy znieść wymiotujących w tych sprzyjającym temu okolicznościach Birmańczykach. Nie wiem czy oni mają tak słabe żołądki, ale naprawdę nie było strasznie, ani nie telepało jakoś mocno. No porównując to do albańskich autobusowych wojaży, była to naprawdę przyjemna podróż. A jakie widoki!

Po dotarciu do miasta od razu poszliśmy się zameldować do naszego hotelu. Za 14 $ dostaliśmy pokój na poddaszu, z drewnianymi skosami i okiennicami, z dywanową wykładziną (w Azji, to się nie zdarza, ale tu jest zimniej) i przytulnymi kocami! No prawie jak w górskich schroniskach w Tatrach! Ach, jak było nam przyjemnie choć na jedną noc doświadczyć znajomego uczucia z rodzimych stron. Zaraz po rozgoszczeniu ruszyliśmy pokręcić się trochę po okolicy i zabukować trekking na kolejny dzień. Odwiedziliśmy lokalny targ pachnący imbirem, suszonym chilli, cytrusami i zieloną, birmańską herbatą, po czym ruszyliśmy zabukować trekking. Skorzystaliśmy z popularnej firmy A1 Trekking, prowadzonej przez dobrze mówiących po angielsku birmańskich Nepalczyków. Wybraliśmy opcję 3-dniową, z dwoma noclegami w grupie 6-osobowej.

1-herbata
2miasto

Po powrocie do przytulnej miejscówki w czasie wyjścia na papierosa Wojtas wdał się w rozmowę z naszym gospodarzem. Opowiedział mu o swoim życiu na emigracji w Stanach, o układach jakie panują w Birmie, o złudzeniu, że w tym kraju u władzy jest rząd, kiedy faktycznie wojsko ma nad wszystkim kontrolę. – W Birmie, możesz wszystko. Wystarczy tylko, że znasz odpowiednie osoby – powiedział.

Kolejnego dnia ruszyliśmy naprzeciw przygodzie! Zapakowani w małe plecaki i zaopatrzeni w zapasy wody  ruszyliśmy z pozostałym czterema amerykańskimi członkami grupy i dwoma przewodnikami. Nie spodziewaliśmy się jakiegoś ciężkiego trekkingu, ale szlak okazał się dla nas wręcz spacerem. A widoki? Sielankowe łąki, pastwiska bawołów, pola i etniczne wioski. Droga jest do zrobienia bez przewodnika, przy korzystaniu z mapy internetowej. Szlak dość często dzieli się na ścieżki i ścieżyny, ale z mapą da się go zrobić bez większych problemów. Maszerując mieliśmy okazję przypatrywać się pracującym w polu drewnianym wozom napędzanym przez bawoły, kobietom tkającym kolorowe torby, dzieciom witającym nas pozdrowieniem ”Mingalaba!” i przede wszystkim wciąż zmieniającym się kolorowym krajobrazom.

8-pole

3wioski

6-dzieci

88-pole

4-wioska
Około 13.00 dotarliśmy na pagórek, gdzie czekał już na nas wyczekiwany lunch – przepyszna sałatka z awokado, która później towarzyszyła nam już przy każdym posiłku, noodle z curry, ryż, warzywa, owoce i obowiązkowo zielona herbata. Po najedzeniu ruszyliśmy dalej wymieniając się informacjami o naszych krajach zarówno z amerykańskimi towarzyszami, jak i birmańskimi przewodnikami. Tuż przed zachodem słońca dotarliśmy do gospodarstwa w małej wsi, w którym w chacie na podłodze czekało już na nas legowisko z ciepłymi kocami na zimną ok. 10-stopniową noc. Nasz kucharz zaczął przygotowywać kolację. Na jednym palenisku, w bambusowej chacie ugotował dla nas rybne, jajeczne i warzywne curry, frytki, ryż i rozgrzewającą zupę z soczewicy.

7-palenisko

Po kolacji jeszcze owoce i ciastka – boże, już nie pamiętamy kiedy aż tak się najedliśmy przez ostatnie dwa miesiące w Azji! Najedzeni, przy piwie, jeszcze trochę porozmawialiśmy – nasi towarzysze byli wyjątkowo rozmowni- i poszliśmy spać, bo o 6:30 była zbiórka na śniadanie.
Następnego dnia znów przemierzaliśmy sielskie pastwiska, urokliwe wioski. I pomimo, że piękne to były widoki, to chyba najbardziej w pamięci zapadną nam szczere rozmowy z naszymi birmańskimi przewodnikami. Jeden z nich ma 26 lat i z tego co się dowiedzieliśmy to miesięcznie zarabia około 70 dolarów, a jego największym marzeniem jest wyjazd z kraju i spędzenie życia w podróży. I choć nie wie jeszcze jak wyrobić sobie paszport w swoim kraju i zabrać wystarczającą sumę pieniędzy, to zna 6 języków i dokładnie wie gdzie wyruszy. Byliśmy pod wrażeniem jego wiary i determinacji i tego błysku w oku, po którym już się wie, że pragnienie tego człowieka jest tak silne, że akurat mu się uda! Z ogromnym zaangażowaniem opowiadał nam też o swojej wierze zaczynając o tłumaczenia dlaczego wytatuował sobie na szyi mantrę Om – najświętszą sylabę hinduizmu, pierwotny hymn stanowiący dźwięk powstania Wszechświata. Były też rozmowy o polityce kraju, o sytuacji nowego rządu, o braku wiary Birmańczyków, że ciągłe walki się zakończą, a wojsko odejdzie od władzy. Kiedy dochodziliśmy do stacji kolejowej, poprosił, żebyśmy na chwilę przestali rozmawiać na ten temat. Nikt nie chce tutaj wyrażać swojej opinii na głos. W kraju jest wielu donosicieli, a licznych, którzy odważnie głosili nieprzychylne władzy opinie, teraz siedzi w więzieniu. Po minięciu ponad stuletniej stacji, wybudowanej częściowo jeszcze przez Brytyjczyków ruszyliśmy dalej.

pc120820
Wieczór spędziliśmy ponownie na rozmowach, odpoczynku i przepysznym jedzeniu. Wojtas chyba bardzo zainteresował filmikami o wspinaczce skałkowej i deep water solo naszych birmańskich kolegów, bo resztę wieczoru spędzili na dociekaniu jak i gdzie to można robić i wypytywaniu o możliwości wspinu w innych krajach, bo nie wiele wiedzą o wspinaczce w Birmie.

9-rozmowy

Kolejny dzień zaczęliśmy wcześnie, brodząc we mgle przez pierwszą godzinę wędrówki. Potem znów pagórki, pastwiska i lekkie poczucie przesycenia już tą wyprawą. Tuż po ostatnim wspólnym lunchu wsiedliśmy do łodzi, którą przemierzając dopływającą do jeziora rzekę dostaliśmy się wreszcie na Inle Lake. Po ponad godzinie wysiedliśmy na brzegu Nyaung Shwe by ruszyć dalej.

10-mgla
11-mgla-wojt

pc141058

15-jezioro

16-jezioro

Jedna myśl na temat “Trekking z Kalaw do Inle Lake

Dodaj komentarz