50

Co robiliśmy przez pierwsze 2 miesiące w Azji?

Chyba tylko podróże mają taką niesamowitą moc dając możliwość robienia i obserwowania czegoś po raz pierwszy w życiu każdego dnia! Uwielbiamy to uczucie! Marzyliśmy o wspinaniu się w azjatyckich skałach, woni kadzideł na ulicach, surfowaniu na falach Oceanu Indyjskiego, fotografowaniu birmańskich kobiet w ich zdobnych makijażach, słuchaniu odgłosów dżungli nocą, wdrapywaniu się na wulkany, zdobywaniu azjatyckich szczytów, przebywaniu w towarzystwie najwyższej góry świata, oglądaniu maleńkich tarsierów czy pływaniu z żółwiami w filipińskich wodach.

Marzenia są po to by je spełniać, więc je spełniliśmy. Do Azji, zaczynając od Wietnamu wyruszyliśmy na początku października 2016 roku.

To w Sajgonie wszystko się zaczęło…

a
PA120203
Po wylądowaniu w Ho Chi Minh City odwiedziliśmy naszą znajomą, mieszkankę tego sajgonu spędzając u niej ponad tydzień. Obserwując jej codzienne rytuały, jedząc wietnamskie domowe jedzenie, rozmawiając z lokalsami mieliśmy okazję dowiedzieć się tak wiele o tej jakże innej od naszej kulturze. Potem jeszcze przeżyliśmy dwa dni walki na skuterach w tej miejskiej dżungli – w upale, duchocie i ulewie. Ależ to była przygoda! Później jeszcze wspólna 4 – dniowa wycieczka z Wietamczykami-emigrantami na rzekę Mekong, gdzie obserwowaliśmy wodne wioski… i południe kraju. Ostatni dzień tunele Cu Chi i w drogę! A w tym czasie wiele się dowiedzieliśmy o zachowaniach Wietnamczyków, o tym jak są powsiągliwi w emocjach, jak dzielą się z innymi, jak są pomocni i pracowici. Że lubią karaoke i potrafią jadąc autobusem przez kilka godzin śpiewać. Że na każdym przystanku autobusowym kupują ogromne zapasy jedzenia na czas drogi do kolejnego stopu ( czyli co 2-3 godziny!). Schudliśmy wtedy trochę, bo jedząc z nimi przy jednym stole nie byliśmy w stanie nic przełknąć widząc jak wysysają z dziobków wysuszonych ptaszków móżczki, chrupią ząbki smażonych rybek i połykają krewetki w skorupach!

pa220731
Ruszając dalej, spędziliśmy ponad 37 godzin w pociągu jadącym z Sajgonu do Hanoi. Przez osuwającą się ziemię i ulewy tory nie były przejezdne. Dostając się na Cat Ba Island, największą wyspę Ha Long Bay, przez 5 dni odkrywaliśmy jej zakamarki. Spróbowaliśmy deep water solo i mieliśmy okazję obserwować jak mieszkańcy wyspy przygotowują się do nadchodzącego huraganu Sarika, który jakimś cudem ominął naszą wyspę. Dostając się do Sapa rozczarowaliśmy się najwyższą górą  Indochin i jego wybetonowanym szczytem, za to przeżyliśmy motocyklową przygodę przemierzając drogi, których nie ma na mapach i odkrywając górskie wioski zamieszkane przez ludy etniczne Hmogów!

Mieszkanka gór

bbb
W magicznym Ninh Binh podziwialiśmy przyrodę w ulewie pchając zepsuty motocykl, a dzięki wizycie w Hue, już wiemy, że nie ma po co tam jechać i odwiedzać 200-letnie „stare” do tego tandetnie odrestaurowane miasto. Docierając do królestwa kolorowych lampionów – miasta Hoi An rozpoczęliśmy wspaniały dzień robiąc przebieżkę kolonialnymi uliczkami przy wschodzie słońca.

3

2

A późniejsza decyzja o odwiedzeniu skuterem oddalonego o 40 km My Son była najlepszą jaką mogliśmy podjąć! Ten porośnięty dżunglą hinduistyczny kompleks świątyń z polskim akcentem robi ogromne wrażenie pod warunkiem, że wcześniej nie odwiedziliście kambodżańskiego Angkoru! Wiemy już też, że nigdy nie wrócimy do mekki rosyjskich turystów-plażowiczów – Nha Thrang. Po powrocie do Sajgonu i spędzeniu tam dwóch kolejnych nocy przed lotem mieliśmy okazję dowiedzieć się jak wygląda i smakuje (tylko Wojtas spróbował) balut – ugotowane, 14-dniowe jajko z pisklakiem w środku. … i że domowe curry z żabich udek jest pyszne!

PB041330

PB041327

Wiemy też, że czasem warto polecieć na 3 godziny z Sajgonu do Kuala Lumpur i po 3 godzinach wsiąść do drugiego samolotu do Kambodży, do Phnom Penh, tylko po to, żeby wydać mniej pieniędzy na transport i zobaczyć kawałek azjatyckiej ziemi z góry. W kambodżańskiej stolicy styknęliśmy się z problemem kwitnącej tutaj sex turystyki, pedofilią i patologią społeczną. Równie duże i przykre wrażenie zrobiło na nas tutejsze, byłe więzienie – Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng  . Następnie dostając się łodzią na niebiańską Koh Rong Island musnęliśmy cudownej dzikiej przyrody tego kraju i bogu dzięki żadnej żarłocznej sand fly czy jadowitego węża, które są dość zauważalnymi mieszkańcami wyspy!

PB091392

PB111415

Po 4 rajskich wschodach słońca zahaczyliśmy o stolicę, jadąc dalej do Siem Reap. Zjawiskowy Angkor przywitaliśmy z łezką wzruszenia na rowerach jeszcze przed słońcem. Ach, co to był za dzień! Cały Angkor zjechaliśmy wzdłuż i wszerz pedałując w upale przez jakieś 14 godzin! Po przebytych 50 km na rowerach padliśmy w hotelowym pokoju, aby wstać wcześnie rano na busa do Laosu, do miasta Paxe.

PB131454

PB131629

Nie ma to jak bezpośredni bus z Kambodży do Laosu, który okazuje się kilkoma busami, ostatecznie przechodzeniem granicy kambodżańsko-laotańskiej na piechotę,  image (1) po czym dalszą podróżą na pace ciężarówki i wysiadką w środku nocy pośrodku niczego ( „a bo dziś transportu dalej już nie będziecie mieli” – usłyszeliśmy, a przecież miał być jeden bezpośredni bus?!). Po dotarciu do Laosu skosztowaliśmy pierwszej aromatycznej laotańskiej kawy, którą nam zaserwowano w towarzystwie zielonej herbaty.

image (3)Do kolejnego przystanku – Thakhek dotarliśmy po zmroku łapiąc tuk-tuka do naszej wspinaczkowej bazy pośrodku gór – Green Climbers Home. Przedzierając się tuk-tukiem przy pełni księżyca między potężnymi skałami i zboczami gór dotarliśmy do miejsca, w którym wspinając się spędziliśmy 5 nocy, 5 wschodów słońca i 5 zachodów. To tutaj zrobiliśmy nasze pierwsze wspinaczkowe drogi w Laosie, mieliśmy okazję zaobserwować na własne oczy atak tarantula hawk na uciekającą od niego tarantulę, jeździliśmy po nocy rowerami wzdłuż wyrastających szczytów gór. Poznaliśmy ciekawych ludzi, z którymi później spotkaliśmy się w Tajlandii i spędziliśmy wspólnego Sylwestra. Przedzierając się przez dżunglę i wspinając w skałach nabraliśmy trochę formy, poznaliśmy kilka ciekawych gatunków jadowitych węży, kąpaliśmy się w jaskiniach za dnia i o zmroku, obserwowaliśmy świetliki.

PB212002

PB242187

Robiąc 3-dniową pętlę górką na skuterach doświadczyliśmy baśniowej dzikiej przyrody tego kraju, mieliśmy okazję przedrzeć się łodzią w towarzystwie pędzących nietoperzy przez olbrzymią ponad 8-kilometrową jaskinię.

imageW drodze powrotnej, 3-go dnia, wypadek Pati na skuterze nauczył nas, że laotańskich dróg i ogromnych w nich dziur i wyboi lekceważyć nie można! Wypadkowi uległ także nasz bidulek – aparat fotograficzny. Po wdaniu się infekcji w lewą nogę powędrowaliśmy do szpitala w stolicy kraju. Z obserwacji i wizyty wyciągnęliśmy kolejny wniosek – jedziemy do Bangkoku, tam jest lepsza opieka! Po podróży busem przez most przyjaźni laotańsko-tajskiej  zawitaliśmy na tajskiej ziemi! Pierwszy zjedzony pad tai, zapach Tajlandii, pierwszy widok ołtarza umarłego miesiąc temu ukochanego króla Tajów. Spotkanie z ponad 60-letnią Francuzką, samotną podróżniczką, śpiewaczką. Była to też pierwsza podróż tajskim nocnym pociągiem i spotkanie z podróżującą w nim 40 – letnią Chinką, która totalnie nie mówiła po angielsku, za to z góry założyła, że rozumiemy jej chińskie dźwięki i że wspólne spędzenie czasu w Bangkoku, to doskonały pomysł! Skończyło się, że mieliśmy pokoje drzwi w drzwi i porozumiewaliśmy się za pomocą uśmiechu. Ależ to była wyjątkowo wesoła kobieta! W Bangkoku przez tydzień na zmianę siedzieliśmy w hotelu i dreptaliśmy na zmiany opatrunków do szpitala, aż wreszcie równo po 2 miesiącach w podróży, 5 grudnia wsiedliśmy w samolot do Birmy!

Jedna myśl na temat “Co robiliśmy przez pierwsze 2 miesiące w Azji?

Dodaj komentarz