okla

Kolejne miesiące azjatyckich wojaży – Birma i Tajlandia

Po pierwszych dwóch miesiącach spędzonych w Wietnamie, Kambodży i Laosie już wiedzieliśmy, że nie da się w tej Azji nic zaplanować, nic przewidzieć. Postanowiliśmy więc poddać się wirowi podróży, cieszyć każdą chwilą i dodać do tego jeszcze szczyptę endorfin w postaci sportu, którego nam bardzo brakowało. Tak ruszyliśmy dalej w nieznane… – czyli grudzień i styczeń w Birmie i Tajlandii.

my

okladka

Po tygodniu w Bangkoku mieliśmy już obcykane cztery szpitale, wyrobioną kartę pacjenta w jednym z nich i doskonale wiedzieliśmy jak poruszać się tramwajami wodnymi w mieście. A kiedy noga Pati była już w lepszym stanie rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta. Na Chinatown zajadaliśmy się smażonymi smakołykami, rozeznaliśmy już prawie wszystkie night markety z jedzeniem, wypiliśmy drinka na 64 piętrze Baiyoke Sky podziwiając nocne życie Bangkoku z wysokości 300 metrów, odwiedziliśmy święte miejsca Tajów – świątynie i złotego ogromnego buddę, zrobiliśmy zakupy w największym markecie z mieście – Chatuchak,  a późnymi wieczorami wracaliśmy do naszego home staya i miłej 89 – letniej staruszki, która za każdym razem witała nas ofiarując cudownie pachnące białe kwiatki, które zbierała w swoim ogrodzie. Po 8 dniach mieliśmy już dosyć, więc był to odpowiedni moment na wyruszenie do Birmy. Wsiedliśmy do samolotu lecącego do Yangonu (Rangun) i zaczęliśmy nową przygodę na nieznanej ziemi!

Targ w Yangonie:

1

2

Po przylocie na lotnisku poznaliśmy grupę Polaków, z którymi wsiedliśmy do pociągu jadącego do centrum miasta. Ależ to było doświadczenie jadąc 10 -15 km/h przerdzewiałym telepiącym się raz na lewo raz na prawo pociągiem. A droga na stację – przemoczone baraki z kartonów, wychudzone zwierzęta, pomyliny płynące wzdłuż kamiennej drogi i ludzie – wpatrzeni w nas z zaciekawieniem, szczupli, pookrywani prawdopodobnie jedynym zestawem ubrań jaki mieli. Jedni jedli rękoma ryż przy drodze, inni kołysali na rękach niemowlaki, jeszcze inni handlowali czym się tylko dało – od smażonego tofu, ryżu z jajkiem, po kosmetyki, opony, kable. Wokół panował harmider i czuć było przerażający  smród– kierowcy taksówek przedzierali się pomiędzy chmarą skuterkowców i żebraków, a my tam sobie dreptaliśmy z tymi plecakami.

Birmanka w tradycyjnym birmańskim makijażu spotkana na moście w Mandalay, a poniżej rybacy.

3

8
Yangon, najbardziej rozwinięte miasto Birmy nie wywarł na nas wielkiego wrażenia, liczyliśmy, że w Manalay będzie inaczej. I tak powędrowaliśmy tam lokalnym busem. Po dojechaniu o zmroku do miasta wydostaliśmy się z dworca najpierw stopem, jadąc na pace dostawczaka, a zaraz potem ostatnie 2 km pokonaliśmy na skuterze lokalesa we trójkę z naszymi dwoma wielkimi plecakami i dwoma małymi. Tak, wierzcie, że się da! Następnego dnia wypożyczyliśmy skuter, wybraliśmy się na lokalny rynek, kupiliśmy pastę thankak, którą kobiety w Birmie ( i czasem także mężczyźni) zdobią swoje twarze malując je i wierząc we właściwości wybielające, zdrowotne. Potem powędrowaliśmy zobaczyć największą turystyczną atrakcję regionu –  U Bein Bridge (najdłuższy most tekowy świata) 1,2 – kilometrowy most i zakończyliśmy dzień zajadając się hinduskimi plaskami z curry za dolara ( w Birmie mieszka bardzo dużo Hindusów). Po 3 nocach sunęliśmy już dalej minibusem z szalonym, uzależnionym od betelu pomocnikiem naszego kierowcy. Kierunek – magiczne Bagan.

13

15

17

11

Setki stup wyrastających ponad lasy i łąki oczarowały nas od pierwszego wejrzenia i chodź nie wywarły już takiego wrażenia jak Angkor, to nadal mieliśmy dużo energii na dwa dni jeżdżenia skuterem po okolicy i wdrapywaniu się na kolejne świątynie. I tak podziwiając z dachów stup przywitaliśmy i pożegnaliśmy 2 przepiękne dni, po czym pojechaliśmy dalej, do Kalaw. A tam wykupiliśmy zorganizowany 3-dniowy trekking z Kalaw od Inle Lake.

W Mandalay:

6

5

4

Przez 3 dni maszerowaliśmy z czterema pozostałymi członkami grupy i dwoma przewodnikami po pastwiskach, wzgórzach, polach ryżowych, aż dotarliśmy do przepięknego jeziora Inle otoczonego ponad setką wsi Teraz już wiemy, że zorganizowane trekkingi są nie dla nas, ale za to spanie na podłodze w lokalsowych domach i przepyszną sałatką z awokado, pomidorów i cebuli zapamiętamy na zawsze! Inle Lake spodobało nam się, ale nie zakochaliśmy się w tym miejscu, więc po jednej przespanej nocy w hotelu człowieka, który uważa się za szamana ruszyliśmy na północ. Za nim to jednak nastąpiło zdążyliśmy spędzić cały wieczór z naszym gospodarzem, który opowiedział nam swoją historię życia o pragnieniu wybudowania 10 stup stanowiący okrąg (obecnie kończy pierwszą), o tym, że w poprzednim wcieleniu był królem, o swoich szamańskich zdolnościach ( tego wieczoru Pati była przeziębiona, a jedna miksturka i inhalacja z przypraw zadziałała cuda!) , nieudanym życiu z żoną, medytacji i adopcji siedmiorga dzieci.

Następnego dnia, przyrządziliśmy sobie w jego kuchni upragniony obiad z tego co udało nam się zdobyć na targu – sadzone jajka z ziemniakami i sałatkę pomidorów i awokado, po czym najedzenie wsiedliśmy do nocnego autobusu do Hsipaw. Przez 14 godzin pokonywaliśmy wciąż pnące się w góry sempertyny, raz we mgle, raz wijąc się ledwo za kolejką niemogących podjechać wyżej ciężarówek. Gorsze od tego było już tylko towarzystwo lokalsów w autobusie wymiotujący i jedzący na zmianę. Po  przeżyciu nocy w drodze na miejsce dotarliśmy przed świtem. Śniadanie u Hindusów, meldunek w hotelu i niespodzianka – śmierć ojca naszego gospodarza, 4-dniowa buddyjska stypa w hotelu i zwłoki w trumnie przy recepcji. Na całe nieszczęście okazało się, że w górach, w które się wybieraliśmy prowadzone są walki i jest niebezpiecznie, a do tego oboje się zatruliśmy i spędziliśmy 3 dni w ( z jedną przerwą na wyprawę do lokalnych wiosek i wodospadu) pokoju słuchając całodobowych buddyjskich śpiewów, zabaw i modłów. Mieliśmy okazję pierwszy raz w życiu pośrednio uczestniczyć w stypie buddyjskiej, ale tego już nam wystarczyło – ruszyliśmy dalej. Święta Bożego Narodzenia były coraz bliżej, więc złapaliśmy nocny autobus do Yangonu, a potem kolejny, dzienny do Ngwe Sang na wybrzeżu Birmy by tam spędzić święta.

Plaża w Ngwe Sang:

10

7

Po znalezieniu przytulnego bungalowu ( jak później się okazało przytulnego także dla ogromniastych pająków) ruszyliśmy motorkiem przemierzając szeroką plaże. Po kilku dniach na miejscu i przygodzie – staranowaniu przez Wojtasa na rowerze motocyklistów stwierdziliśmy, że już nam wystarczy i chcemy do Tajlandii. Tuż przez Nowym Rokiem wsiedliśmy w samolot do Bangkoku, po 3 przespanych tam w hotelu godzinach złapaliśmy busa do Chiang Mai i po 14 godzinach w drodze byliśmy już w tajskiej mecce wspinu!

P1020199

P1050336

P1070434

Na miejscu spotkaliśmy naszych znajomych Amerykanów, z którymi potem świętowaliśmy Sylwestra i wspinaliśmy się przez kolejne dwa tygodnie. W międzyczasie udało nam się wjechać skuterem na najwyższy szczyt Tajlandii, zdobyć w 5 godzin na nogach III najwyższy szczyt kraju, eksplorować pobliskie jaskinie, zajadać pysznym curry z dyni i pierwszy raz w życiu wspinać się w ogromnej ciemnej prawdziwej jaskini! Po tym wspaniałym czasie postanowiliśmy spędzić kolejne dwa tygodnie na plaży w Tonsai wspinając się dalej.

P1130503

P1130507

P1140542

P1220692

P1180640

P1170603
Już też wiemy, że jechanie autobusem kiedy Tajlandię dotyka powódź nie jest dobrym pomysłem. Przez zarwany most na autostradzie utkwiliśmy pośrodku niczego w 200-km korku i spędziliśmy w drodze 26 godzin , nie 9. Na szczęście mieliśmy klimatyzację i toaletę, a pomoc z prowiantem i zapasami wody szybko do nas dotarła! Kiedy wreszcie zjawiliśmy się w turystycznym Krabi, po walce z taksówkarzem, wsiedliśmy w łódź i po 15 minutach byliśmy na plaży Tonsai. Nigdy nie wspinaliśmy się na plaży, a tutaj nie na jednej, a na kilku! I tak nam mijał czas, aż wsiedliśmy do samolotu lecącego do Singapuru. Przez 3 dni zwiedzaliśmy miasto, delektowaliśmy się cywilizacją, bo czekała nas kolejna przygoda na nowej filipińskiej ziemi! Ale o tym w kolejnym wpisie…

 

Dodaj komentarz