okładka

Jak podróżować i (nie) zwariować w Azji – relacja

O tym, że podróże mają niesamowitą moc dając możliwość robienia czegoś po raz pierwszy każdego dnia, nie trzeba było nas przekonywać. Dobrze o tym wiedzieliśmy i postanowiliśmy na własnej skórze przekonać się jak to jest:)

Rzuciliśmy poukładane życie, kupiliśmy bilet w jedną stronę i wyruszyliśmy w 8 – miesięczną podróż po Azji. Na początek Wietnam i pierwsze deep water solo w zatoce Ha long, potem rowerowa Kambodża, surfing u brzegów głębi filipińskiej, wspinaczka w laotańskich górach i motocyklowe eksploracje, aż wylądowaliśmy w środku birmańskich walk. W Indonezji dotarliśmy do wykopalisk homo florensiensis, wdrapaliśmy się na kilka aktywnych wulkanów. Po wspinaczce w jaskiniach tajskich gór ruszyliśmy do Malezji, gdzie doświadczyliśmy dzikiej dżungli, a na zakończenie trafiliśmy do Nepalu spędzając blisko miesiąc w Himalajach.

Poukładane życie w Polsce, poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa – nie tego potrzebowaliśmy. Tęskniliśmy za wolnością, za poznawaniem, doświadczaniem nowego, za niepewnością i adrenaliną.
Od Sajgonu się zaczęło. Szybka lekcja przetrwania w miejskiej dżungli i po kilku dniach znaleźliśmy się w pociągu jadącym do Hanoi. W drodze spędziliśmy ponad 37 godzin. Przez osuwającą się ziemię i ulewy tory nie były przejezdne. Dostając się na Cat Ba Island, przez 5 dni odkrywaliśmy jej zakamarki. Spróbowaliśmy deep water solo i mieliśmy okazję obserwować jak mieszkańcy wyspy przygotowują się do nadchodzącego huraganu Sarika, który cudem ominął wyspę. Potem ruszyliśmy w stronę najwyższej góry Indochin i przeżyliśmy motocyklową przygodę przemierzając drogi, których nie ma na mapach, odkrywając górskie wioski zamieszkane przez ludy etniczne Hmongów! Po miesiącu w Wietnamie zawitaliśmy do kambodżańskiej stolicy. Usłyszeliśmy od innych o raju na ziemi i kilka dni później dostaliśmy się łodzią na na niebiańską Koh Rong Island! Musnęliśmy cudownej dzikiej przyrody, a chwilę potem stanęliśmy u bram zjawiskowego Angkor, który przywitaliśmy z łezką wzruszenia na rowerach jeszcze przed słońcem. Przez 14 godzin pedałowaliśmy w upale robiąc 50 km wśród ruin mistycznego Angkor. Rano bus i podróż w nieznane, do Laosu. Ostatecznie granicę przechodziliśmy na piechotę, ale kilkanaście godzin później już nie mogliśmy się napawać cudownym widokiem skalistych gór w naszej wspinaczkowej miejscówce. To tam zrobiliśmy nasze pierwsze wspinaczkowe drogi w Laosie, eksplorowaliśmy jaskinie. Po kilku dniach wspinu wsiedliśmy na motory i ruszyliśmy w góry, w stronę 8-kilometrowej jaskini, którą przemierzyliśmy łodzią. W drodze powrotnej Pati miała wypadek na motorze. Po wdaniu się infekcji w lewą nogę musieliśmy zmienić plany.

Przyszedł czas na Birmę. W Yangonie nie zawitaliśmy na długo, tylko ruszyliśmy dalej – do Mandalay, magicznego Bagan, ostatecznie maszerując przez 3 dni do jeziora Inle. Po nocnych pogaduchach z naszym gospodarzem-szamanem wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy do Hsipwa, skąd mieliśmy nadzieję dostać się dalej w dzikie góry. Trafiliśmy do chaty na 4-dniową buddyjską stypę, z trumną na wstępie do domu. Niestety trwające w okolicy walki nieco pokrzyżowały nasze plany na górskie podboje. Wszędzie słychać było strzały. Postanowiliśmy odpuścić góry. Tuż przez Nowym Rokiem wsiedliśmy w samolot do Bangkoku i wylądowaliśmy ostatecznie w tajskiej mecce wspinu. W tym czasie wspinaliśmy się codziennie w skałach, eksplorowaliśmy jaskinie, a w ramach odpoczynku zdobyliśmy najwyższe szczyty Tajlandii. Po 2 tygodniach ruszyliśmy na południe by kontynuować wspinaczkę w okolicach Tonsai. W drodze okazało się, że Tajlandię dotknęła powódź. Przez zarwany most utkwiliśmy pośrodku niczego na kilkanaście godzin.

Potem już Singapur i Filipiny! Naszym celem była malutka surferska wioska– San Juan. Po kilkudniowej walce na falach ruszyliśmy zobaczyć pierwszą w życiu kalderę – wyspę, na jeziorku z kolejną wyspą i jeziorkiem – wulkan Taal! Będąc tam wiedzieliśmy już, że za chwilę czeka nas długi rejs na rajską Siargao Island. Wsiedliśmy na prom, złapaliśmy lokalną łódź i wylądowaliśmy na dzikiej, soczysto zielonej wyspie! Fale były idealne, a wolny czas spędzaliśmy na przedzieraniu się na motorze przez gęstwiny bujnych pagórków i pól ryżowych obserwując życie lokalsów w ich chatach na palach.

Czas płynął nieubłagalnie, a my chcieliśmy zobaczyć więcej, doświadczyć więcej. Pewnego dnia usłyszeliśmy o malutkiej wyspie Apo. Dogadaliśmy się z dwoma rybakami, którzy cudem pokonując wzburzone wtedy morze dowieźli nas na miejsce. Nagle znaleźliśmy się pośrodku małej dobrze znającej się społeczności, której brzegi wyspy codziennie odwiedzały dziesiątki żółwi morskich zajadając się tamtejszymi glonami. Istny raj! Dni spędzaliśmy na nurkowaniu pośród pomalowanej na miliony barw rafy koralowej. Po miesiącu na Filipinach dotarliśmy do Malezji – ostatniego przystanku przed upragnioną Indonezją. Dżungla nigdy nie była nam bliższa. Po kilku trekingach, nocy w dżungli, wejściu na Gunung Brinchang i przemierzaniu najstarszego na świecie lasu deszczowego byliśmy zakochani w tym miejscu! Chcieliśmy więcej i polecieliśmy do królestwa nosaczy i orangutanów – na Borneo.

Potem przyszedł wreszcie czas na indonezyjskie powietrze, które pachniało inaczej. Wojtas zatracił się w surfingu, a ja eksplorowałam wyspę obserwując lokalne religijne rytuały. Na Jawie dołączyli do nas znajomi z Polski i od tej pory razem podróżowaliśmy po indonezyjskich wyspach. Weszliśmy na wulkan Bromo, potem Ijen, na skuterach przemierzaliśmy balijskie drogi. Zdobyliśmy wulkan Agung, potem Rinjani. Obserwowaliśmy przygotowania do balijskiego Nyepi Day, biorąc udział w paradach balijskich duchów ogoh-ogoh. Wreszcie dotarliśmy na Flores, gdzie cudem udało nam się znaleźć skutery, którymi potem eksplorowaliśmy wykopaliska homo florensiensis, lokalne wioski i plemienia zamieszkujące dżunglę.W trakcie naszego pobytu wyspę nawiedziła ogromna powódź, która nieco pokrzyżowała plan zdobycia kolejnego wulkanu, za to umiejętności prowadzenia skuterów w wodzie i ulewie opanowaliśmy do perfekcji. Na koniec czekała nas niespodzianka od losu – w drodze na Komodo, wzdłuż naszej łodzi pojawiły się gigantyczne wędrujące manty. Oczywiście wskoczyliśmy do wody! Jakby przygód było nam mało zawędrowaliśmy na pobliską wyspę Sumbawa mierząc się tam z brakiem przychylności mieszkańców. Mimo to, powoli zatracaliśmy się w urokach Indonezji, jej dziczy, fenomenalnej przyrodzie, nieprzewidywalności i tajemnicach jakie skrywają tamtejsi ludzie. Kraj ponad 17-tysięcy wysp opuszczaliśmy z łezką w oku, jednak gdzieś w głębi wiedzieliśmy, że w Nepalu czeka nas kolejna przygoda!

W Katmandu zatrzymaliśmy się tylko po to by zakupić sprzęt na trek i zabukować lot do Luli. Potem przez blisko miesiąc maszerowaliśmy w otoczeniu najwyższych gór świata pokonując trasę Trzech Przełęczy wraz z odwiedzeniem Everest Base Camp i wdrapaniem się na ponad 5600 m.n.p.m. I choć nie było łatwo, często bardzo marzliśmy, duże wysokości dawały nam się we znaki, a dni bez prysznica dłużyły się niemiłosiernie, to wciąż nam mało. Jeszcze tam wrócimy.

Dodaj komentarz